niedziela, 7 lutego 2016

Z prądem Wierzycy, część pierwsza...

W roku 1911 firma Wiechert przebudowała młyn zbożowy zamieniając go w elektrownię wodną. Franciszek Wiechert to bodaj największa gwiazda Starogardu Gdańskiego, w którym to mieście posiadał rozliczne interesy i piękny eklektyczny pałac. W roku 1914 naprzeciw młyna powstał nowy budynek, gdzie zostały zamocowane turbiny Francisa. Zamocowane na wale między turbinami sprzęgło umożliwiało pracę zarówno młyna, jak i elektrowni.




Czekając na pana Dyżurnego
Bez wątpienia elektrownia w Kolinczu była jedną z najpiękniejszych, jakie miałam okazję zwiedzać. Jednym z dyżurnych jest mieszkający nieopodal starszy pan, dla którego ta elektrownia jest chyba wielką miłością jego życia. To on uratował jej zabytkowy charakter. Kiedy właściciel firma Energa Wytwarzanie (dawniej Energa Hydro) chciała usunął stare maszyny, pan Dyżurny zadzwonił do wojewódzkiego konserwatora zabytków. Dzięki niemu większość urządzeń jest oryginalna i bez wielkich zmian konstrukcyjnych pracuje do dzisiaj.

Aby nikt nie ośmielił się tu nic popsuć
Ekonomia ekonomią, wiadomo, że stare maszyny są mniej wydajne, niż nowe, ale może czasami warto poświęcić cześć dochodowości na piękno?

Biało ceglany budynek

Zapora spiętrzająca Wierzycę

U góry widoczna data wybudowania

Zapora na rzecze widziana od drugiej strony
Największą jednak atrakcją jest ponad stuletnia żarówka, którą wkręcono w roku 1912 i która do dzisiaj oświetla halę maszynową. Gdyby jednak kiedyś się przepaliła, elektrownia posiada jeszcze jedną zapasową.

"Panel" sterowania

Generator

Nawet wskaźniki robiono z pewną elegancją



Mała wystawa zabytków

Jedyna część wymieniona: wał łączący turbinę z generatorem


Oryginalne niemieckie wskaźniki, działają do dzisiaj

Niestety, tam na górę wejść nie mogłam


Stuletnia żarówka o kształcie znanym z egipskich grobowców


Kiedyś umiano robić rzeczy nie tylko trwałe, ale i piękne... Wnętrze elektrowni to niemal gotowa scena do rozegrania steampunkowego LARP-a.

piątek, 5 lutego 2016

Dowspuda, Rospuda - pożegnanie

Dwa i pół roku temu pojechałam po raz ostatni do Dowspudy, miejsca gdzie spędziłam niektóre z moich szkolnych wakacji.




 Lipowa Aleja wiedzie od bramy głównej do bramy pałacu hrabiego Paca. Dzisiaj pięknie wybrukowana, z ławeczkami i latarniami. Lipy jednak się nie zmieniły, nadal są oszałamiająco piękne.












Pałacowa brama - podjazd. Jedyne co zostało z neogotyckiego pałacyku myśliwskiego pana hrabiego. Na jej schodach z płatków kwiatów tworzyłyśmy bajeczne komnaty Calineczki, suknie, toalety. Z ozdobnych kawałków cegieł powstawały meble magicznego pałacyku księżniczki.

 






 Minęło trzydzieści lat, a brama zdaje się nie zmieniła się nawet na jotę.






Wieżyczka, którą wtedy nazywaliśmy Bocianią Wieżą. Jedna z czterech, która została odbudowana. Kiedy byłam dziecięciem, wokół niej ustawione było wówczas rusztowanie.Tam budowałyśmy nasz domek, urządzając wnętrze z desek wyłamanych z rusztowania, koców i poduszek przytarganych z domu, wiktuałów wyszabrowanych w piwnicach. Ciekawe, lepszy był ten domek pod Bocianią Wieżą niż domek zabawowy, który stał na placu zabaw.







Kilka detali architektonicznych: rodowe lilie herbu Paców rozrzucone tu i ówdzie na ścianach pałacyku.

Lilia na pałacowej bramie.








Lilijki na Bocianiej Wieży.







Lilie w rozetce.





Kapitol kolumienki Bocianiej Wieży.


Brama wiodąca do podziemi. Legenda mówi, że gdy do pałacu hrabiego przybył oddział wojska, mający aresztować Paca za udział w Powstaniu Listopadowym, hrabia poprosił o chwile na przebranie się. Udał się do swojej garderoby i zniknął. Gdy żołnierze włamali się do komnaty i otworzyli drzwi szafy, okazało się, ze w szafie ukryte było wejście do podziemi. Tam, w wysokim i szerokim tunelu, czekała na hrabiego karoca. Gdzie znajdował się wylot tunelu, legenda już nie wspomina. Hrabia Pac uciekł zaborcom i udał się na emigrację.






Stawy, niegdyś zapełnione rybami, dzisiaj zarosłe rzęsą. Opuszczone i opustoszałe. Nikomu niepotrzebne wylęgarnie komarów.





Zastawa popadająca w ruinę.




Rzeka Rospuda. Tutaj było kąpielisko najmłodszych dzieci. Woda płytka, bez problemu można przejść na drugą stronę. Woda krystalicznie czysta.






Dzisiaj brzeg porośnięty trzciną, ponad trzydzieści lat temu piaszczysty i miły dla stóp. Na drzewie wisiała lina, na której można było się huśtać.






Most przerzucony and Rospudą. Tutaj kręcono scenę z serialu "Czarne chmury". Pod tym mostem wierny Kacper zanurzał się kryjąc się przed pogonią księcia elektora brandenburskiego.







 My, dzieciaki, z radością się tu pluskaliśmy, dziwiąc się, jak ten Kacper mógł się cały zanurzyć w tak płytkiej wodzie.








 





A to paskudztwo, przekleństwo wakacji na tych terenach: barszcz Sosnowskiego,  czyli tak zwana ruska kukurydza. Moja wrażliwa skóra reaguje na pyłki tego paskudztwa.





 




Pusty zdziczały sad - jedyne co pozostało po bajecznym jak na tamte czasy placu zabaw. Czegóż tutaj nie było:  kilka rodzajów huśtawek, domek, drabinki, wieża, scena i masa innych atrakcji.




Augustów i jego słynny kanał.  Chyba do dzisiaj jedna z największych atrakcji turystycznych miasta nazwanego na cześć króla Zygmunta Augusta.



Ciekawe, o czym myślała moja mama patrząc na wody kanału i pływające po nich kaczki?

 W przedostatni dzień pobytu, za namową Pani Sąsiadki, pojechałyśmy na umówione spotkanie w Raczkowskim Domu Regionalnym: magicznym miejscu, w którym siłami jednej osoby, niesamowitej pani Anny Doroty Halickiej, która na rowerze przywoziła pierwsze eksponaty z okolicy, darowywane jej przez mieszkańców, powstało coś w rodzaju muzeum ziemi raczkowskiej.







 Piękne koronki i przybory piśmiennicze.




Salonik z okrągłym stołem.




Te puchate poduszki, makaty i haftowana bielizna.




Wielkie krosno poziome, które chętnie sama bym przytuliła do piersi.







Kołowrotek, a obok prządka z kołowrotkiem do zabawy dzieciątek.




I tutaj mogłam się popisać swoją wiedza na temat przeznaczenia niektórych przedmiotów, widzianych na tym zdjęciu, a o których pani Ania nie miała najmniejszego pojęcia.
















Wejście do domku od strony podwórka.


Następnego dnia pożegnałam Dowspudę, Raczki i okolice. Nigdy już tam nie pojadę w odwiedziny do babci.